Sty

7

„WSTRZĄS GŁOWOWY’’, KIEDY NIE MOŻNA ZAUFAĆ… Część pierwsza.

„…odnoszę się do osób, które czują, że nigdy nie doświadczyły beztroskiego dzieciństwa, czuły się staro zanim dorosły i które jako osoby dorosłe, rzadko – jeżeli w ogóle – odczuwają spokój wystarczający do tego, by móc przestać kompulsywnie rozmyślać””.
Robert Lewis

Jeśli ktoś z Państwa stale doświadcza niepokoju, nieprzyjemnego, podskórnego pobudzenia czy też przymusu kontrolowania wszystkiego wokół, równocześnie czując się skazanym na ciągłe napięcie, gdzie chwile rozluźnienia wydają się nieosiągalne, być może w poniższym opracowaniu znajdziecie Państwo powody, przez które stan nadreaktywności stał się normą. Wewnętrzny skrypt, który „każe” przeżywać własne ciało jako zagrażające i równocześnie nie pozwala mu zaufać jest jednym z najczęściej spotykanych śladów braku ADEKWATNEGO odzwierciedlania w pierwszym roku życia dziecka.
W ostatnich miesiącach umieszczałam posty, które dotyczyły dwóch wątków: rany narcystycznej oraz rozszczepienia między głową a resztą ciała (linki do obu opracowań znajdują się na końcu tekstu). W taki sposób mogliście Państwo niezależnie zbliżać się do każdego z tematów, dając im uwagę i pozwalając wybrzmieć w pełni. Mogłoby się wydawać, że są to zupełnie oddzielne zagadnienia. W tym artykule pokażę, jak bardzo łączą się one ze sobą i stanowią wzajemne uzupełniającą się reakcję obronną względem PIERWOTNEGO URAZU psychosomatycznego.

Konsekwencją zranienia narcystycznego jest porzucenie siebie, swojej najgłębszej natury, na rzecz adaptacyjnej wersji wybranej i wspieranej przez najbliższe otoczenie. Tak rodzi się to, co Donald Winnicott nazwał fałszywym self (jaźnią).
Zaś odłączenie głowy od czucia, a tym samym oddzielenie jej od reszty ciała jest nieświadomym rozwiązaniem zapewniającym choć namiastkę poczucia bezpieczeństwa w niedającym wystarczającego wsparcia otoczeniu. Powstają więc dwie ILUZJE:

„kiedy nie będę sobą, będę kochany”,
oraz
„kiedy odetnę się od ciała, odzyskam kontrolę i choć odrobinę wpływu”.

Powyższe rozwiązania stanowią kompensacyjną odpowiedź na nie dość dobrze dostrojonych opiekunów i łączy je jedna jakość: PORZUCENIE.

Porzucamy siebie, by stać się tym, kim chcą nas widzieć inni.
Porzucamy ciało, by ochronić głowę (umysł) przed emocjami, które z niego napływają.
Możemy więc już w tym momencie przypuszczać, że obie reakcje biorą swój początek z jakiegoś OPUSZCZENIA PIERWOTNEGO i ono właśnie stanowi zaczyn dla powyższych dynamik.

POMOST PSYCHOSOMATYCZNY

Kiedy coś w sobie odrzucam, zawsze pozostawi to ślad w ciele w postaci napięcia. Pozwala ono ODDZIELIĆ się od tego, co uznaję w sobie za złe lub zagrażające. Część ta zostaje zepchnięta na peryferie świadomości, zaprzeczona, wyparta i w ten sposób SKONTROLOWANA.

Podłoże pod zasianie ziarna rany narcystycznej powstaje w pierwszych miesiącach życia. Najwcześniejszą reprezentację somatyczną tego psychicznego urazu stanowi ROZSZCZEPIENIE głowy od ciała, które jest siedzibą wszystkich zagrażających uczuć. I tak z jednej strony głowa staje się miejscem SCHRONIENIA przed tym, co z niego może przyjść, z drugiej zaś wieloletnim, kosztownym WIĘZIENIEM.

ZDRADA CIAŁA
Możemy zatem zadać sobie pytanie: dlaczego porzucamy ciało i zamieszkujemy w głowie?
Niezależnie czy operujemy terminologią fałszywego self czy językiem blokad psychosomatycznych, mamy do czynieniem z rozszczepieniem, które stanowi bolesną rysę w charakterze.
Jakiś roku temu napotkałam tekst Roberta Lewisa „Cephalic Shock as a Somatic Link to the False Self Personality”, który pomógł mi odpowiedzieć na pytanie, kiedy po raz pierwszy dochodzi do porzucenia ciała i utwierdził w poczuciu, że objęcie opieką głowy jest koniecznym krokiem w PRZYWRACANIU ciągłości self. Poniżej opisuję powody, które mogą doprowadzić do poczucie odłączenia od własnego ciele, aż do porzucenia go (siebie) jako szkodzącego. Właśnie tak dochodzi do zdrady ciała.
Pracując w Analizie Bioenergetycznej nieustająco napotykam na dualizm ciała i umysłu postrzegany nie jako koncept teoretyczny, ale bolesną rzeczywistość pacjentów, którym to rozszczepienie stale przysparza cierpienia w postaci dojmującego wyobcowania. Nieczucie swojego ciała, a więc siebie albo niedostępność uczuć w ogóle, jest dla takich osób gorzkim, codziennym doświadczeniem.
Każdego dnia spotykam ludzi, dla których własne ciało jest OBCE, wrogie, niepoznane.
Którego nie chcą, którego się BOJĄ, brzydzą.
Którzy właśnie w taki sposób mówią, czego doświadczyli i jak sobie z tym poradzili.
Jak bardzo POŚWIĘCILI swoje ciało, by ochronić się przed zbyt bolesną prawdą o opuszczających najbliższych. Katarzyna Schier w „Pięknym brzydactwie” bardzo trafnie to ujmuje:

„Uważam, że ciało osób chorych psychosomatycznie jest przez nie składane w OFIERZE.
Ta ofiara ma funkcję utrzymania ILUZJI, że było się kochanym lub że miało się „wystarczająco dobrego” opiekuna”

Osoby oddzielone od ciała poszukują pomocy, napędzane jakimś intuicyjnym przeczuciem, że przez ciało właśnie (to samo, które jest tak odrzucane) znajdą odpowiedź na to dawno temu powstałe pęknięcie w ciągłości self, w jaźni pierwotnej. Działo się to w czasach, gdy nie było słów, a obrazy się dopiero kształtowały i powoli następowało wyodrębnianie się z wszechobecnego chaosu, czegoś co nazwalibyśmy „MNĄ”.
Skierowania się ku ciału nie jest łatwym spotkaniem, bo już w pierwszych krokach procesu stajemy na krawędzie przepaści. Na jednym brzegu jest umysł, dobrze nam znany, a za cenę skontrolowania zapewniający poczucie bezpieczeństwa. Na drugim zaś, dalekim i bardzo nieostrym widzimy ciało, to przed którym uciekaliśmy i chroniliśmy się przez większość życia. I którego brak w niezrozumiały dla intelektu sposób odczuwamy w głębi siebie. Odzyskiwanie łączności z ciałem przypomina przerzucanie lin na drugą stronę przepaści. Niektóre zsuwają się, gdy tylko dotkną przeciwległego brzegu, inne nigdy tam nie dotrą, część trafia na swoje miejsce tworząc cienkie, mało stabilne połączenia. Rzucając dalej, podejmujemy kolejne próby zbudowania drogi do siebie. Powstała ścieżka wydaje się wciąż zbyt słaba, by utrzymać ciężar naszej niewiary, zwątpienia i lęku. Dlatego tak ważny jest towarzyszący człowiek- psychoterapeuta, który wie jak istotne jest niepoddawanie się. Osoba, która przechowa dla nas pewność, że kolejne próby przyniosą rezultat i w końcu stworzą drogę: tę metaforyczną między krawędziami przepaści i tę neuronalną w naszym mózgu. To ona stanie się nowym pomostem łączącym między tym, co skontrolowane, ale bardzo samotne i umęczone, a tym, co kiedyś opuszczone i czekające na dziś nasze przyjęcie. Oczywiście postawienie stopy i podejmowanie próby przechodzenia na druga stronę jest wielkim wyzwaniem. Idziemy na spotkanie czegoś, co odrzuciliśmy lata temu jako ryzykowne i zagrażające. Stawiając pierwszy krok wiemy tylko, że to jest CZĘŚĆ NAS i że nie odzyskując jej zawsze będziemy o nią ubożsi. Przeczuwamy, że podejmując tę drogę nad przepaścią, przypomnimy sobie również to przed czym dawno temu chcieliśmy się ochronić: uczucia nieskończonego spadania z czasów, kiedy byliśmy maleńcy. I tak docieramy do terminu, „wstrząsu głowowego.”, zaproponowanego przez Lewisa. Definiuje go tak:

„Wstrząs głowowy zachodzi wówczas, gdy w odpowiedzi na trwałe doświadczenie bycia trzymanym w rękach przez niewystarczająco empatycznego rodzica w pierwszych miesiącach życia, niemowlę, wyczuwając nieprawidłowość rodzicielskiej empatii, rejestruje pewien dysonans. Zdając się na niedojrzały system nerwowy, niemowlę będzie musiało znaleźć sposób na przetrwanie, zachowanie integralności i dostosowanie się do rodzica, który nie może zapewnić mu ego pomocniczego. Naznaczone dysonansem obchodzenie się z dzieckiem tworzy chroniczny stan braku równowagi lub wstrząsu (traumy)”.

Lewis stworzył ten opis w 1981 roku. Niestety dziś możemy powiedzieć, że brak dostrojenia, który opisuje jest nadal bardzo obecny.
Dziecko całym sobą musi dostosować się do trzymania jakiego doświadcza: tego fizycznego i tego emocjonalnego. Kiedy opiekunowie nie są dostrojeni do jego potrzeb, porzuca siebie, swoje doświadczenie i jako własne PRZYJMUJE to, co przyszło z zewnątrz. Maluch, który ma być ODZWIERCIEDLANY, stał się ODZWIERCIEDLAJĄCYM. Ta zamiana doprowadza do zasiania nieufności względem samego siebie, tego kim jestem i co czuję:
„skoro nie mogę się PRZEJRZEĆ w Twoich oczach i Ty na mnie nie odpowiadasz, ja odpowiem na Ciebie”.

Ważniejszym jest, to co pochodzi od INNEGO. Taka sytuacja podważa podstawowe poczucie bezpieczeństwa w to, że jest ktoś, kto mnie WIDZI i adekwatnie odpowie na moje potrzeby:
„skoro nie jest to najbliższa mi osoba, to ja sam muszę stać się dla siebie UKOJENIEM”.

I tak rodzi się umysł, który jak opisuje Lewis PRZEJMUJE FUNKCJE OPIEKUŃCZE nad ciałem, bo środowisko jest zawodzące lub zagrażające. Zostaje stworzona potężna iluzja:
„MOJE MYŚLENIE JEST W STANIE ZADBAĆ O MNIE”

Kiedy jesteśmy dziećmi nie jesteśmy w stanie zadbać o siebie. Potrzebujemy FIZYCZNEJ opieki: dotyku, podtrzymywania, karmienia. Kojenia od OBECNEGO drugiego człowieka, który dla nas czuje i na nas odpowiada. Jednak by przetrwać umysł staje się SUBSTYTUCJĄ bezpiecznego trzymania. On właśnie reprezentowany somatycznie przez głowę staje się azylem, w którym można się schronić i dzięki któremu można mieć poczucie panowania i wpływu:
„skoro nie jestem wystarczająco trzymany MUSZĘ PODTRZYMYWAĆ SIĘ SAM”.

Ten rodzaj NADREAKTYWNOŚCI zostaje z nami do końca życia. Maluch nie ma możliwości świadomego wsparcia za pomocą napinania mięśni. Jego układ nerwowy będzie więc stale stymulowany brakiem wystarczająco dobrego trzymania, w znacznym stopniu pomniejszając możliwość odpoczynku.
I tak umysł staje się LOKALIZACJĄ dla fałszywego self:
„musiałem uwierzyć, że sam siebie mogę podtrzymać i nikogo nie potrzebuję”.

Ta obronna adaptacja umieszcza istnienie w procesach myślowych ODRYWAJĄC je od rzeczywistości somatycznej. Identyfikacja następuje z potentnym umysłem, ciało zostaje porzucone jako to zależne i potrzebujące opieki innych. Lewis przywołuje cytat z Winnicotta, które wydaje mi się kwintesencją jakości naszego bycia, mimo że upłynęło tyle lat od wygłoszenia go:

„Dzięki identyfikacji z niemowlęciem matka wie, jak trzymać je na rękach, aby niemowlę zaczęło swoje życie od ISTNIENIA, nie zaś od REAGOWANIA”.

Siła tego przekazu jest porażająca.
Jakby to było móc BYĆ, a nie tylko działać? Pozwolić sobie na odpoczynek nie znajdując uzasadnienia w poziomie wyczerpania. Być w ciele, a nie używać ciała. To jest najtrudniejsza zmiana, wymagającą redefinicji relacji jaką mamy z własnym ciałem, a więc z samym sobą.

UMYSŁ A GŁOWA

Jeśli umieściliśmy funkcje opiekuńcze w umyśle: w jego kontroli, sterowaniu, możliwości intelektualizacji i racjonalizacji, to z jednej strony jest on dla nas czymś najcenniejszym, z drugiej zaś staje się naszym przekleństwem.
Właściwości umysłu, które tak cenimy, równocześnie są źródłem naszej udręki: potoków myśli, stałej nadaktywności, konieczności analizowania, obserwowania i sprawdzania. Z czasem odkrywamy, że poziom tych aktywności nie wynika z naszego wyboru, a jest stale obecnym trybem przymusu. Kolejne frustrujące próby, rozluźnienia się czy odpuszczenia sobie bardzo konfrontują z tym, jak nie jesteśmy w stanie choćby okresowo wyciszyć powyższych funkcji. Nie możemy odpocząć, więc musimy kogoś obwinić, by ochronić iluzję niezawodności kontroli umysłu. I tak z głowy robimy wrogą część, której przypisujemy wszelkie bolączki. To ona boli, odcina od serca, nie daje spać, dymi od myślenia, pęka w szwach. Nasza biedna głowa, dom dla umysłu jest tą, która ponosi koszty rozszczepienia, w jakim żyjemy. A właściwie, to my je ponosimy. Z trudem przyjmujemy, że stała nadaktywność wynikająca z rozbudowanej kontroli powoduje obciążające pobudzenie nerwowe, które nie ma nic wspólnego z dbaniem o nas dziś.

ZAUFAĆ CIAŁU!

Dalsza ucieczka przed ciałem poprzez próby zarządzania nim, będzie jedynie eskalować lęk przed uczuciami i generować objawy.
Dlatego nawiązanie czuciowej relacji z naszą głową może być wspaniałym początkiem, by ponownie zaufać ciału, czyli zaufać sobie. Całemu sobie!
Zbliżanie się do swojego ciała, poznawanie go, uczenie się dbania o niego, słuchanie jego potrzeb i branie ich na poważnie, pozwoli na doświadczenie tego, czego tak bardzo kiedyś nam zabrakło.
Oddanie głowy w swoje ręce, a później powierzenie jej w dłonie innych, da rzeczywiste doświadczenie opieki. FIZYCZNEJ. Niewyimaginowanej.
Umysł pomoże nam rozumieć, reflektować, widzieć związki przyczynowo-skutkowe. W taki sposób się nami zajmie. By zaopiekować się ciałem trzeba go dotknąć, poruszyć, zapewnić mu to, czego potrzebuje. Jak maleńkiemu dziecku. Zająć się nim realnie, nie pozostając jedynie przy fantazjach.
Opiekując się swoją głową budujemy pomost między ciałem a umysłem, który może być w dużym niepokoju. Możemy go uspokoić, tłumacząc, że wiemy, co robimy, że potrzebujemy też ciała, uczuć i jesteśmy już gotowi, by je przyjąć. Mówmy do naszego umysłu o wdzięczności za te wszystkie lata chronienia nas, równocześnie GŁASZCZĄC się po głowie i pozwalając pękniętym częścią połączyć się na nowo, by odzyskać utraconą dawno temu JEDNOŚĆ.

Mam nadzieję, że powyższe zrozumienie pozwoli Państwu zbliżyć się do swojego ciała. Umysł i głowa potrzebują naszego dorosłego wsparcia, by uznać rzeczywistość ciała, przekształcić lęk przed nim w zaufanie do niego i na nowo zbudować z nim relację.
Zapewne będziemy na tej drodze potrzebować pomocy. I na tym również będzie polegać nasza praca, by pozwolić sobie wyjść poza iluzję kontrolującego umysłu, który każe wierzyć, że sami zajmiemy się sobą najlepiej i sięgnąć po innych ludzi. Być może zawodzących i niedoskonałych, ale żywych i PRAWDZIWYCH w swojej fizycznej obecności.

Z wielką wdzięcznością dla: Katarzyny Schier, Franka Hladkiego, Roberta Lewisa i Donalda Winnicotta.

Przed nami druga część jak zawsze praktyczna!

Marzena Barszcz,
Psychoterapeutka w Analizie Bioenergetycznej

Więcej wyjaśnień i praktycznych ćwiczeń wraz z ilustracjami znajdziecie Państwo w książce „Psychoterapia przez ciało”, przede wszystkim w części 5 w rozdziałach 2 i 3 dotyczących taśmy wzrokowej i oralnej: https://www.instytutanalizybioenergetycznej.com/…/psychote…/

New user? | Forgot your password?